Zastanawiam się co jest ze mną nie tak. Ciągle spotykam wokół siebie ból, nie umiem uczyć się na błędach. Jak to możliwe, zastanawiam się co chwilę. To mnie nie opuszcza ani na moment, zaczyna mi brakować chusteczek. Łzy same napływają, dlaczego?

Kiedy w końcu przestanę mieć ze sobą problem? Nie szukam go u innych, ewidentnie jest coś ze mną. Jak mogłem zostawić swoje życie, nakrzyczeć na nie, odzywać się do niego z pogardą, jak tak na prawdę jest wszystkim co mam? Nie mogę bez niego. Ale nie wróci, zostało zranione. Nie wyciągnie do mnie ręki, ma swój honor. A ja z każdą sekundą czekam, czekam aż się odezwie, powie choćby słówko, bo.. umrę.

Jestem nikim bez niego, nie istnieje. Ale co ja mogę poradzić na to, że moje życie nie czuje nic. Moje życie straciło do mnie zaufanie, nie lubi mnie. A ja je kocham, kocham życie.

Kiedy kończy się życie?  Gdy uświadamiasz sobie, że dalsze jego istnienie nie ma sensu. Dlaczego miałoby mieć?  To wszystko jest takie.. kruche. Brzydzę się tym wszystkim. Gdzie podziała się moja wiara w siebie? Lepiej zapytać kiedy ją znów odnajdę. Jest strasznie, będzie jeszcze gorzej, a to się nawet nie zaczęło. Tracę głowę i nie mogę spać…

 

 

Co nas uszczęśliwia? Czy szukamy szczęścia,  czy go potrzebujemy?

 

Nie mam mocy aby cokolwiek skleić do kupy. To jest straszne. Straciłem wszystko za nic, jestem niewinny. A najbardziej mnie zaboli…

 

Nie płacz kretynie!

 

Jak to możliwe,  że wtedy, gdy wszystko się zawaliło to zaczęło się śnić? Jak na złość…  Przez te lata zero snów o tym, a tej nocy się zaczęło..  Oby to długo nie trwało, nie chcę takich snów,  jeszcze takich samych jak był pierwszy…  Tak jakby coś mnie nawiedziło…

 

Może to moja wina?